I znów dobrzy ludzie…


Znów, jak tylko się spieprzy, dobrzy ludzie wyskakują z powietrza i pomagają.

Mszana Dolna złamała serce naszemu Ducato, więc w niedzielny wieczór zabazowałem w kabinie z psami na stacji benzynowej. W nocy nie tylko dokończyłem konfigurację stronki ekoosadniczej i ustawiłem listę mailową, ale i dostałem wsparcie w potrzebie od przyjaciela. Killer – jesteś wielki. Nie chodzi nawet o kwotę, ale o fakt.

Rano znalazłem najlepszego (jedynego) w Mszanie speca od diesli i podwiozłem tam samochód z ładunkiem. Naprawa zacznie się pod koniec tygodnia, albo na początku następnego – wtedy będzie wiadomo, ile nas to sieknie. Na razie 100 zł – kierowca lawety dał mi 1/3 rabatu.

Z dwójką psów i plecakiem, zabrałem się z inną lawetą jadącą za Kraków. Kolejny dobry człowiek – nie tylko zabrał dwa kudłate psy do wymuskanej kabiny sypialnej, ale też nie wziął ani grosza. Niech mu się szczęści!

Nasze najstarsze dzieci też się wykazały dobrocią, bo przenocowały nas (Natalia dojechała dzień wcześniej) w ciasnym mieszkanku. Tymczasem, na prośbę rzuconą w sieć, odezwała się Gosia z Łańcuta: „Jak dojedziesz pociągiem do Łańcuta, to dalej Was zawiozę samochodem.” I tak się stało. Ponieważ kolej ma zasadę jeden człowiek – jeden pies, wykupiłem dodatkowy bilet na 50% i w ten sposób formalności stało się zadość. W sumie pękło następne 90 zł😦, ale mina pana konduktora – bezcenna. Widywał Ci on już pasażerów bez biletu. Ale bilet bez pasażera – pierwszy raz…

Gosia nas przejęła na dworcu i już bez przygód dotarliśmy do Grabówki. Zadania na teraz: zebrać kasę na remont silnika, dowieźć graty do Grabówki, sprzedać Ducato, kupić VW Transporter (najchętniej 4×4) albo Uaza busa.

Alleluja i do przodu!