Quelque part en Pologne


Zaprosili mnie ludzie, którzy – każdy na swój sposób – starają się zwiekszyć zakres wolności. Dla siebie i dla innych. Spotkanie miało byc parodniowe, w górach, z możliwością poprowadzenia jednego-dwóch warsztatów.

Zabrałem ze sobą Kitę dla kurażu i hajda autostopem. Podróżowanie autostopem z 45-kilowym akitą wymaga sporej dozy optymizmu. Prawie takiej, jak prowadzenie FreeLabu za „co łaska”. Ku mojemu zdziwieniu, pod wieczór dojechaliśmy za Maków Podhalański, po drodze wiezieni przez:

  • Przemiłą Panią, która nie mogła się sobie nadziwić, że się zatrzymała.
  • Trakera, co zatrzymał się przez pomylkę, ale nie miał serca nas zostawić.
  • Wypalonego menadżera z sieci hurtowni.
  • Doktora geologii, zakręconego na tle ochrony środowiska.

Z każym z nich porozmawialiśmy sobie, każdy z nich nam pomógł – dziękuję! I Kita też dziękuje!

Potem jeszcze godzinka piechotą pod górę i dotarliśmy do obozu. Zaiste, barwna gromadka. Michał przyjechał na koniu, wiodąc ze sobą kozę i najnormalniejsze w świecie tipi. Koń – podobno hucuł – wyglądał, jakby go karmiono ludzkim mięsem. Później zresztą próbował skonsumować Kubę-historyka.
Koza z kolei zapałała introwertyczną sympatią do Kity, który – z pewna taką niesmiałością – odwzajemniał jej zainteresowanie, a nawet zapraszał do zabawy. Zreszta Kita brylował na obozie – zachowując się jak prawdziwy samiec alfa: z godnością, a bez agresji.

Ludzie byli równie barwni – hardkorowi działacze zwiazkowi, pankowi włóczędzy („Petros, jak Ty możesz z takim psem jeździć stopem, to ja się czuję całkiem normalny…„), paru gadułów (dzień dobry!) i trochę młodzieży.

Oprócz integracji – wielu obecnych widuje się właściwie tylko raz do roku – trwały dyskusje i pogadanki. Dowiedziałem się o historii polskich ruchów wolnościowych, o tym, czym jest insurekcjonizm,  Ja sam opowiedziałem o grupowym rozwiązywaniu problemów  (tym razem na przykładzie szczurów w pewnym krakowskim skłocie) a osobno o bezpieczeństwie i higienie pracy z komputerem i komórką. Wreszcie, w piątek rano, ruszyłem via Kraków do domu.

This slideshow requires JavaScript.

Do Krakowa dojechaliśmy jak po szynach – dwoma skokami. Jeszcze raz dziękuję tym, którzy nam pomogli! W Krakowie przenocowałem u dzieci, a potem ruszyłem w dalszą drogę do domu. O tym przeczytacie już na Czerwonej Pigułce