Konserwatyzm mięsny


Jako łańcuchowy wszystkożerca FreeLabu, miałem dzisiaj święto ruchome. Ruchome, bo przypada gdy: /a/ mamy trochę kasy na zakupy żywnościowe i /b/ w gminnym markecie trafię na ścinki. Dzisiaj trafiłem na 3,5 kilo ścinków wędlinowych.

Po Woodstocku nie mam nakrętu na Wielkie Mięsne Żarcie, więc postanowiłem sobie żarełko zakonserwować. Czytałem ostatnio o użyciu tlenku węgla, ale nie mam na zbyciu. Ale też odświeżalem sobie pamięć a’propos tyndalizacji – i to już ciekawsze. Lodówki nie mamy i nie planujemy, a tyndalizacja się nada także do zielska i owocków. W sam raz temat na mały eksperyment.

(UWAGA! Dalsza część tekstu zawiera opisy i zdjęcia przygotowywania mięsa do spożycia! Zostaliście ostrzeżeni!)

Dalej więc – zebrałem po kątach słoiki od róznych sosów i takich tam. Rozpaliłem nasz największy rocket stove i w nawiększym garze zalałem je wodą. Kierując sie zasadą że jest brud brudny i czysty, wygotowałem je porządnie – i styka.

Te kawałki, w których byłem w stanie zidentyfikować mniej niż 60% składu, poszły w psie paszcze od razu. Co prawda po Woodstocku one także zamiast „hau, hau” to do jedzenia się drą „hare, hare”, ale genetyki nie przeprze. Kłap – i nie ma.

Reszta, pocięta nieco, weszła do 8 słoików różnego kalibru. Nic nie dodawałem, niczym nie zalewałem. Zakręciłem – i do wrzątku – tym razem na dwóch piecach.

Tyndalizacja (pasteryzacja frakcjonalna) zaklada trzy sesje pasteryzacji, co 24 godziny. Ponieważ ja nie zamierzam ścierwa chowac latami, więc zastosuję wersję uproszczoną – dwie sesje, co 36 godzin.

Po godzinie gotowania (nominalnie temperatura 75-100 stopni) pozwoliłem piecom wygasnąć. Jutro w nocy – ciąg dalszy. Teraz tylko piesy co jakiś czas sprawdzają, czy kiełbasa nie próbuje uciec…

This slideshow requires JavaScript.